środa, 23 kwietnia 2014

„Odżywcze” krakersy, czyli dlaczego warto czytać etykiety

Ostatnio w sklepie do herbaty dołączona była mała paczka (20g) krakersów, które są dosyć mocno reklamowane. Z czystej ciekawości wzięłam opakowanie do ręki, aby przeczytać skład i się przeraziłam. Chrupki, które opisywane są jako „idealna przekąska”, „odżywcze”, a „ich smak płynie z dodatków warzyw i ziół” to istna chemia.


Składniki pełnoziarniste to zaledwie 33%, potem mamy zwykłą mąkę pszenną, a już z trzeciego miejsca uśmiecha się do nas syrop glukozowo-fruktozowy, wróg nr 1 w walce o szczupłą figurę.

Dalej jest jeszcze ciekawiej: smak warzyw płynie z aromatów i proszków. Oczywiście krakersy same w sobie najwidoczniej takie dobre nie są, bo wymagają użycia wzmacniaczy smaków: glutaminian monosodowy (klik) oraz 5’-rybonukleotydy disodowe (klik). Same długie i chemiczne nazwy powinny nas zniechęcać do takiego produktu. Potem znowu proszki, regulatory kwasowości. I w tym oto miejscu nie wiem, czy producent robi nas w konia, czy wykorzystał jakieś nieznane przepisy. Otóż chipsy są opisywane jako te „niezawierające konserwantów”. Jednocześnie przy regulatorach kwasowości jest wymieniany kwas mlekowy (E270) i jest on zaliczany do konserwantów (konserwanty to grupa E200-E299). Mniej więcej tak wyglądałam, jak to „odkryłam”:


To nie koniec składu, spokojnie J Mamy również wroga gładkich ud bez cellulitu, czyli sól. Goszczą tu też substancje spulchniające i emulgatory, cukier (jakby syrop glukozowo-fruktozowy nie wystarczył) i barwnik annato, który poza przemysłem spożywczym używany jest do barwienia tkanin i wyrobu farb (MNIAM!).

Niektórzy stwierdzą, że wyolbrzymiam. Niektóre rzeczy są na końcu składu, więc teoretycznie dużo ich tam nie jest i zapewne ich ilość mieści się w normach, ale to nie zmienia faktu, że to i tak nadal chodząca tablica Mendelejewa.

Oczywiście nie mówię, że macie bojkotować te krakersy – w końcu każdy ma prawo jeść to, na co ma ochotę. Moim zamierzeniem jest przede wszystkim zachęcenie Was od czytania składów. Sądzę, że dużo osób (a głównie te, które zaczynają przygodę ze zdrowym odżywianiem) wierzy w reklamy i zapewnienia producentów, że ich produkt jest zdrowy, odżywczy, fit i bla bla bla. Jak widać na powyższym przykładzie, nie do końca tak jest. Dlatego zachęcam wszystkich i każdego z osobna: bądźcie świadomymi konsumentami. Wasze ciało się Wam za to odwdzięczy J

Nie wymieniam nazwy firmy, ale sądzę, że każdy się domyśli, jaki produkt opisuję ;)

sobota, 19 kwietnia 2014

Kilka słów na święta ode mnie...

Nie, nie bójcie się, żadnych mądrości w stylu „Jak nie przytyć w święta”* J Jedyne co mam do powiedzenia na ten temat to:
  1. Rozum
  2. Silna wola
  3. Umiar
  4.  Sumienie

Masz na święta dwie opcje: włączyć rozum, znać umiar i umieć odmówić trzeciego kawałka ciasta, co równa się brakiem wyrzutów sumienia. Druga opcja jest zupełnie odwrotna: oddać się totalnie świątecznemu obżarstwu, a potem próbować poradzić sobie z wyrzutami sumienia, że znowu obżarłaś się jak świnia. Przepraszam z góry za te kolokwializmy, ale taka jest prawda. Po prostu mam alergię na ludzi, którzy wiecznie narzekają, że nie mogą schudnąć, a nic nie robią w tym kierunku. Żaden świąteczny króliczek/zajączek nie zabierze Twoich nadprogramowych kilogramów J

Urocze :) // źródło

Ja sama udzielam sobie dyspensy na niedzielę i poniedziałek: święta mam objazdowe (4 domy do odwiedzenia), więc stwierdziłam, że mogę u każdego spróbować jednego kawałka ciasta J Zasady proste, klarowne i wydają się być fair. Tym bardziej że czekają mnie świąteczne spacery i wiosenne rozbieganie!

A teraz główny motyw, dla którego piszę ten post:

Wszystkim Wam życzę radosnych, spokojnych, ale mimo wszystko aktywnych w jakimś stopniu świąt J Spędźcie je w gronie rodziny oraz najbliższych przyjaciół i po prostu o nic się nie martwcie. Święta to taki czas, w którym powinno się zapomnieć o wszystkich rodzinnych niesnaskach, problemach i cieszyć się możliwością bycia razem J Trzymajcie się ciepło! 


* Sama na Boże Narodzenie napisałam tego typu post i sama teraz patrzę na niego trochę krzywym okiem. Ale wtedy miałam jeszcze trochę nie po kolei w głowie i bałam się, że każdy kawałek ciasta kompletnie zaprzepaści moją szansę na ładną figurę. Na szczęście człowiek z czasem mądrzeje, o ile nad sobą popracuje ;)

piątek, 18 kwietnia 2014

Moje sposoby na mocne i długie rzęsy

źródło
Zawsze podobały mi się naturalnie długie i gęste rzęsy. Zapewne dlatego, że sama takimi nie zostałam zbyt hojnie obdarowana. Jedynym plusem, jakiego mogę się doszukiwać, to ciemny kolor moich rzęs. Nie byłabym prawdziwą kobietą, gdybym nie postanowiła jakoś sobie poradzić z wyglądem swojego „wachlarza”.


Od razu zaznaczam: nie podobają mi się przedłużane rzęsy. Po pierwsze, w większości przypadków wygląda to karykaturalnie. Owszem, długie i gęste rzęsy są pożądane, ale jak widzę niektóre panny z kłakami, które wystają ponad brwi, to mam ochotę podbiec z nożyczkami :D Po drugie, to raczej krótka opcja na połechtanie swojego kobiecego ego. I do tego droga! Do takiego zabiegu trzeba doliczyć jeszcze uzupełnianie, a z kolei po zdjęciu doczepianych rzęs, nasze własne są w opłakanym stanie. Pamiętam swoją znajomą, która posiadała autentycznie tylko 3 własne rzęsy na jednej powiece :D Wyobrażacie sobie coś takiego?

Ja uciekłam się do metod naturalnych i kosmetycznych. Efekty są najwyraźniej zauważalne (chociaż mi i tak mało), bo już kilka osób pytało się jakiego tuszu używam (a rzęsy maluję tylko na jakieś większe wyjścia).

źródło
Zaczęłam tradycyjnie od olejku rycynowego, najpopularniejszej chyba metody. Moczyłam uprzednio wyczyszczoną szczoteczkę po starym tuszu w olejku, usuwałam nadmiar i „malowałam” nim rzęsy. Efekty są, chociaż to jestem w stanie stwierdzić po brwiach, a nie rzęsach. Po prostu nie lubiłam tego uczucia sklejonych włosków, do tego zdarzało się raz na jakiś czas, że olejek dostał się do oczu. No i pozbycie się tego cholerstwa z rzęs z samego rana również graniczyło z cudem. Nawet jak się to względnie udało, to i tak mogłam zapomnieć o pomalowaniu oczu, bo wszystko się odbijało. Obecnie używam olejku tylko na brwi – efekt: delikatnie je przyciemnił i zagęścił.


Potem przerzuciłam się na znany pewnie czytelniczkom Aliny sposób z pomadką Alterra z Rossmanna. Genialna alternatywa dla olejku rycynowego. Pomadka kosztuje grosze, a jej regularne stosowanie naprawdę przynosi efekty.  Zresztą wystarczy wpisać w Google „pomadka Alterra”, a zostaniemy zasypane zdjęciami i postami na temat rzęs :D Ja stosowałam pomadkę codziennie wieczorem (do tego również będziemy potrzebować czystej szczoteczki po jakimś tuszu), z rana wystarczyło, że przetarłam oczy micelem i nie było żadnego tłustego śladu na powiekach i rzęsach.
źródło

źródło
Kiedy Alterra była na wykończeniu rozglądałam się już za kolejnym produktem do przetestowania. Niezastąpiony Wizaż polecił mi odżywkę do rzęs Eveline. Dałam za nią jakieś 11 zł i nie pokładałam wielkich nadziei. No i za bardzo się nie myliłam: regularne stosowanie sprawiło jedynie, że moje rzęsy odrobinę się wzmocniły. Wiadomo: zawsze coś, ale żadnego obiecanego „stymulowania wzrostu rzęs”. Dodatkowo minusem odżywki jest jej biały kolor, który pozostaje na włoskach oraz fakt, że z rana moje rzęsy były po nim „sztywne”. Ale wystarczyło delikatnie przetrzeć płynem micelarnym i wszystko było w porządku. Jednak są i plusy: odżywka genialnie sprawdzała się w roli bazy pod tusz. W moim przypadku opcja: odżywka + 2 warstwy żółtego Collosala z Maybelline dawały efekt imponujących firanek J

Obecnie stosuję odżywkę Artdeco i po miesiącu stosowania widzę nowe krótkie rzęsy! Z początku bałam się, że wyrzucę 45 zł w błoto, ale całe szczęście tak nie jest. Szczoteczka jest dziwna, ale już się do niej przyzwyczaiłam i nałożenie odżywki nie sprawia problemów. Odżywka jest przezroczysta, więc teoretycznie można jej używać na co dzień, ale potrafi brzydko skleić rzęsy. Trudno jest powiedzieć coś więcej, bo nadal nie zużyłam całego opakowania, ale jeżeli zastanawiacie się nad drogimi cudotwórcami (np. RevitaLash, RapidLash), to polecam najpierw poszukać tańszych odpowiedników, bo takie jak widać istnieją J

źródło

Oczywiście efekty nie pojawią się w przeciągu tygodnia czy dwóch. Tutaj jest ważna tylko i wyłącznie systematyczność i cierpliwość J

A może Wy stosowałyście jakąś odżywkę, która naprawdę zadziałała? Moje rzęsy są łase na nowości :D

środa, 9 kwietnia 2014

Eksperyment - 30 dni bez cukru

Poległam w marcu na całej linii. Mój jeden raz w tygodniu ze słodyczami zamienił się chyba w jeden dzień w tygodniu BEZ słodyczy. Źle się z tym czuję zarówno psychicznie (no po prostu dałam ciała), jak i fizycznie – brzuch znowu wygląda gorzej, pogorszyła się również cera.


Dlaczego nie dałam rady?
Nie mam zielonego pojęcia, szczerze mówiąc. Trudno mówić o jakimś uzależnieniu. Nazwałabym to raczej przyzwyczajeniem – odkąd pamiętam zawsze w domu jadło się batonika, czekoladę po obiedzie, a to do kawki itp. Poza tym wydaje mi się, że wygrała pokusa, tzw. „zakazany owoc” (na pewno spora część z Was wie, o czym mówię ;)). A najgorsze co może być, to rozładowanie swojej złości/stresu w tabliczce czekolady! Zawsze wtedy sobie powtarzam: "chwila przyjemności w ustach, wieczność w biodrach". Oczywiście nie usprawiedliwiam się tutaj, bo zdaję sobie sprawę, że nie ćwiczyłam swojej silnej woli wystarczająco! Jednocześnie wiem, że życie bez słodyczy jest możliwe, w końcu przeżyłam bez nich miesiąc.

Dlatego też od jutra rozpoczynam eksperyment – 30 dni bez cukru.  Żadnych „1-2 razy w tygodniu”, bo jak widać to nie działa w moim przypadku. Zamierzam przez te 30 dni dokładnie obserwować zarówno swoje ciało, jak i samopoczucie w celu przedstawienia Wam za miesiąc efektów J Zdaję sobie sprawę, że wybrałam teoretycznie kiepski moment – przygotowania do świąt = pieczenie mazurków, babek, ALE na szczęście nigdy nie pałałam do nich szczególną miłością, więc wierzę, że uda mi się przetrwać J

Co na pewno znajdzie się na mojej ANTY liście? (niektórych rzeczy stąd i tak praktycznie nie ruszam, ale dla pewności wolę mieć wszystko na piśmie) :D
- czekolada i jej pochodne (batoniki, wafelki, ciasteczka)
- torty, ciasta (również te domowe)
- drożdżówki, pączki
- cukierki, landrynki
- lody
- żelki
- orzechy, rodzynki w czekoladzie
- owocowe jogurty
- gumy smakowe (typu Mamba)

To na pewno nie jest cała lista, bo już nie chcę się rozdrabniać, ale ogólnie mamy cały zarys. Jak widzicie chcę praktycznie całkowicie wyeliminować cukier i wierzę, że wyjdzie mi to na dobre J


Jedyne co dopuszczam ze "słodyczy" to miód, którego i tak używam sporadycznie. A jeżeli naprawdę będę mieć ochotę na coś słodkiego, to zrobię wtedy zdrowe ciasto fasolowe J

Trzymajcie kciuki! Tym razem obiecuję, że dam radę ;) Dla ułatwienia zadania zaczęłam prowadzić dziennik diety - człowiekowi od razu odechciewa się niezdrowych rzeczy, wiedząc, że będzie musiał to zapisać :P


poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Jaglane babeczki

Hej J Kto śledzi mnie na facebooku, wie, że dzisiaj z rana robiłam babeczki z kaszy jaglanej. Wyszły bardzo smacznie, a w duecie z kawą sprawdziły się wyśmienicie. Według domowników wyszły za mało słodkie, ale to kwestia indywidualnych upodobań. Ja tam się cieszę: więcej dla mnie :D

Przepis jest banalny i przygotowanie ciasta zajmie jakieś max. 15-20 minut (wliczając już gotowanie kaszy).


Składniki:
- 1/3 szklanki nieugotowanej kaszy jaglanej
- szklanka gorącej wody
- łyżeczka miodu
- ¾ szklanki mąki (ja zrobiłam mieszankę z mąki razowej żytniej i pełnoziarnistej pszennej)
- 4 łyżki otrębów żytnich (mogą być też owsiane)
- 2 łyżki  płatków owsianych
- łyżeczka sody
- łyżeczka proszku do pieczenia
- kopiasta łyżka kakao
- 1 jajko
- mleko
- 3 łyżeczki cukru trzcinowego (możecie oczywiście użyć miodu, stewii, ksylitolu itp.)
- dodatki (rodzynki, migdały, suszone owoce itp.)

Przygotowanie:
1.      Uprzednio przepłukaną zimną wodą kaszę wrzucamy do garnka i zalewamy gorącą wodą. Gotujemy, aż cała woda zostanie wchłonięta. Podczas gotowania dodajemy łyżeczkę miodu. Można również delikatnie posolić dla zaostrzenia smaku.

2.      Wszystkie suche składniki (oprócz dodatków) mieszamy ze sobą i dodajemy do nich przestudzoną kaszę. Ja wrzuciłam po prostu wszystko do malaksera, aby ułatwić sobie pracę i nie brudzić łap :D Poza tym wg mnie wtedy najlepiej wszystko się ze sobą łączy (kasza ma tendencję do zlepiania się w większe grudy).

3.      Następnie do powstałej masy wrzucamy jajko oraz dolewamy mleko. Nie podaję ilości, bo po prostu co jakiś czas dolewałam, aż konsystencja była idealna (czytaj: gęsta, ale stosunkowo łatwo odchodziła od łyżki).

4.      Teraz dodajemy ulubione dodatki. U mnie były to kawałki gorzkiej czekolady 85% oraz rodzynki. Wymieszaj wszystko łyżką.

5.      Teraz ciasto nakładamy do papilotek/formy na muffiny. Babeczki nie wyrosną za duże, więc zostaw raptem kilka mm od wysokości papilotek. Możemy posypać z wierzchu migdałami.

6.      Piecz 20 minut w 180 stopniach (w piekarniku z termoobiegiem).


Smacznego J

P.S. Świetnie smakują na ciepło z odrobiną powideł śliwkowych!