środa, 9 kwietnia 2014

Eksperyment - 30 dni bez cukru

Poległam w marcu na całej linii. Mój jeden raz w tygodniu ze słodyczami zamienił się chyba w jeden dzień w tygodniu BEZ słodyczy. Źle się z tym czuję zarówno psychicznie (no po prostu dałam ciała), jak i fizycznie – brzuch znowu wygląda gorzej, pogorszyła się również cera.


Dlaczego nie dałam rady?
Nie mam zielonego pojęcia, szczerze mówiąc. Trudno mówić o jakimś uzależnieniu. Nazwałabym to raczej przyzwyczajeniem – odkąd pamiętam zawsze w domu jadło się batonika, czekoladę po obiedzie, a to do kawki itp. Poza tym wydaje mi się, że wygrała pokusa, tzw. „zakazany owoc” (na pewno spora część z Was wie, o czym mówię ;)). A najgorsze co może być, to rozładowanie swojej złości/stresu w tabliczce czekolady! Zawsze wtedy sobie powtarzam: "chwila przyjemności w ustach, wieczność w biodrach". Oczywiście nie usprawiedliwiam się tutaj, bo zdaję sobie sprawę, że nie ćwiczyłam swojej silnej woli wystarczająco! Jednocześnie wiem, że życie bez słodyczy jest możliwe, w końcu przeżyłam bez nich miesiąc.

Dlatego też od jutra rozpoczynam eksperyment – 30 dni bez cukru.  Żadnych „1-2 razy w tygodniu”, bo jak widać to nie działa w moim przypadku. Zamierzam przez te 30 dni dokładnie obserwować zarówno swoje ciało, jak i samopoczucie w celu przedstawienia Wam za miesiąc efektów J Zdaję sobie sprawę, że wybrałam teoretycznie kiepski moment – przygotowania do świąt = pieczenie mazurków, babek, ALE na szczęście nigdy nie pałałam do nich szczególną miłością, więc wierzę, że uda mi się przetrwać J

Co na pewno znajdzie się na mojej ANTY liście? (niektórych rzeczy stąd i tak praktycznie nie ruszam, ale dla pewności wolę mieć wszystko na piśmie) :D
- czekolada i jej pochodne (batoniki, wafelki, ciasteczka)
- torty, ciasta (również te domowe)
- drożdżówki, pączki
- cukierki, landrynki
- lody
- żelki
- orzechy, rodzynki w czekoladzie
- owocowe jogurty
- gumy smakowe (typu Mamba)

To na pewno nie jest cała lista, bo już nie chcę się rozdrabniać, ale ogólnie mamy cały zarys. Jak widzicie chcę praktycznie całkowicie wyeliminować cukier i wierzę, że wyjdzie mi to na dobre J


Jedyne co dopuszczam ze "słodyczy" to miód, którego i tak używam sporadycznie. A jeżeli naprawdę będę mieć ochotę na coś słodkiego, to zrobię wtedy zdrowe ciasto fasolowe J

Trzymajcie kciuki! Tym razem obiecuję, że dam radę ;) Dla ułatwienia zadania zaczęłam prowadzić dziennik diety - człowiekowi od razu odechciewa się niezdrowych rzeczy, wiedząc, że będzie musiał to zapisać :P


poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Jaglane babeczki

Hej J Kto śledzi mnie na facebooku, wie, że dzisiaj z rana robiłam babeczki z kaszy jaglanej. Wyszły bardzo smacznie, a w duecie z kawą sprawdziły się wyśmienicie. Według domowników wyszły za mało słodkie, ale to kwestia indywidualnych upodobań. Ja tam się cieszę: więcej dla mnie :D

Przepis jest banalny i przygotowanie ciasta zajmie jakieś max. 15-20 minut (wliczając już gotowanie kaszy).


Składniki:
- 1/3 szklanki nieugotowanej kaszy jaglanej
- szklanka gorącej wody
- łyżeczka miodu
- ¾ szklanki mąki (ja zrobiłam mieszankę z mąki razowej żytniej i pełnoziarnistej pszennej)
- 4 łyżki otrębów żytnich (mogą być też owsiane)
- 2 łyżki  płatków owsianych
- łyżeczka sody
- łyżeczka proszku do pieczenia
- kopiasta łyżka kakao
- 1 jajko
- mleko
- 3 łyżeczki cukru trzcinowego (możecie oczywiście użyć miodu, stewii, ksylitolu itp.)
- dodatki (rodzynki, migdały, suszone owoce itp.)

Przygotowanie:
1.      Uprzednio przepłukaną zimną wodą kaszę wrzucamy do garnka i zalewamy gorącą wodą. Gotujemy, aż cała woda zostanie wchłonięta. Podczas gotowania dodajemy łyżeczkę miodu. Można również delikatnie posolić dla zaostrzenia smaku.

2.      Wszystkie suche składniki (oprócz dodatków) mieszamy ze sobą i dodajemy do nich przestudzoną kaszę. Ja wrzuciłam po prostu wszystko do malaksera, aby ułatwić sobie pracę i nie brudzić łap :D Poza tym wg mnie wtedy najlepiej wszystko się ze sobą łączy (kasza ma tendencję do zlepiania się w większe grudy).

3.      Następnie do powstałej masy wrzucamy jajko oraz dolewamy mleko. Nie podaję ilości, bo po prostu co jakiś czas dolewałam, aż konsystencja była idealna (czytaj: gęsta, ale stosunkowo łatwo odchodziła od łyżki).

4.      Teraz dodajemy ulubione dodatki. U mnie były to kawałki gorzkiej czekolady 85% oraz rodzynki. Wymieszaj wszystko łyżką.

5.      Teraz ciasto nakładamy do papilotek/formy na muffiny. Babeczki nie wyrosną za duże, więc zostaw raptem kilka mm od wysokości papilotek. Możemy posypać z wierzchu migdałami.

6.      Piecz 20 minut w 180 stopniach (w piekarniku z termoobiegiem).


Smacznego J

P.S. Świetnie smakują na ciepło z odrobiną powideł śliwkowych!

sobota, 5 kwietnia 2014

"Zakwasy" to nie zakwasy

Nie, w tytule nie ma błędu. Błąd jest w naszym myśleniu, a raczej w tym, co jest powtarzane naokoło i już utarło się, że ból na drugi dzień po ciężkim treningu zwany jest zakwasami. A to wcale zakwasy nie są. „Zakwasy”, czyli ból mięśni po treningu fachowo nazywany jest opóźnioną bolesnością mięśni szkieletowych (DOMS ang. Delayed onset muscle soreness) i może dotknąć każdego, kto:
- odbył intensywny trening
- wykonał nowe ćwiczenia
- zaangażował partię mięśni wcześniej z lekka zaniedbaną
- zabrał się za ćwiczenia po dłuższej przerwie.

Nasze mięśnie zbudowane są z miofibryli (włókno mięśniowe), te z powtarzających się sarkomerów, a te z kolei z miofilamentów cienkich (aktynowych) i grubych (miozynowych). To właśnie te mikrostruktury umożliwiają nam właściwie wszystko: od dźwigania ciężarów po utrzymanie prawidłowej postawy ciała.

Skąd ten ból?
Podczas forsownych ćwiczeń (i w pozostałych w/w przypadkach) dochodzi do mikrourazów, czyli rozrywania włókien mięśniowych. Gdy podczas ćwiczeń napięty pod obciążeniem mięsień rozciąga się zamiast się kurczyć, powstaje więcej uszkodzeń tkanki mięśniowej. Rozciąganie jest efektem działania większej siły niż siła mięśnia i jej celem jest wyhamowanie ruchu i ochrona stawu przed uszkodzeniem.

Z kolei ból pojawia się zazwyczaj kilkanaście godzin później, ponieważ receptory bólowe znajdują się nie w mięśniach, lecz w otaczającej je tkance łącznej. Mikrouszkodzenia wywołują stan zapalny i dopiero wtedy sygnał jest wysyłany do mózgu (czyt. zaczynamy odczuwać ból).

Brzmi groźnie, prawda? Ale nie ma się czego obawiać. Aby nasze mięśnie przystosowały się do nowych ćwiczeń czy też nowego obciążenia, ten ból jest nieunikniony.  Pokazuje on nam, czy dobrze dobraliśmy formę treningu. Oczywiście ból nie może być na tyle silny, aby uniemożliwić nam normalne funkcjonowanie.

Warto również dodać, że nasilenie bólu po treningu niekoniecznie odzwierciedla wielkość uszkodzeń. Zależy to przede wszystkich od naszego osobistego progu wrażliwości.

Jak sobie poradzić w przypadku mikrourazów?
  • Pamiętaj o solidnej rozgrzewce, na koniec o obowiązkowym rozciąganiu
  • Odpoczywać, dopóki ból nie będzie na tyle słaby, abyśmy ponownie mogli ćwiczyć na daną partię
  • Robić powierzchowne masaże
  • Łykać witaminę C, która pomoże odbudować tkankę łączną


No dobra, to w takim razie co nazywamy zakwasami?
Zakwasy to bóle mięśni, ALE spowodowane zbyt dużym stężeniem kwasu mlekowego! Podczas przemian beztlenowych, które dostarczają nam energii, wytwarza się również uboczny produkt: kwas mlekowy. Jego zbyt duże stężenie aktywuje chemoreceptory, a te z kolei wywołują to charakterystyczne „pieczenie” mięśni.

Warto dodać, że kwas mlekowy nie utrzymuje się w naszym organizmie przez kilka dni (tak jak popularnie się twierdzi, mówiąc o zakwaszeniu organizmu tym metabolitem). Nasz organizm jest tak zaprogramowany, aby utrzymywać homeostazę i szybko pozbywać się szkodliwych substancji.
Jak to działa w praktyce? Otóż kwas mlekowy jest usuwany na bieżący z krwią. Same sobie przypomnijcie: wykonywałyście jakieś męczące ćwiczenie na brzuch, mięśnie paliły Was niemiłosiernie, więc zrobiłyście kilka sekund przerwy. Pieczenie ustało, a Wy od nowa mogłyście ćwiczyć. To właśnie krew „zabrała” ze sobą kwas mlekowy i przetransportowała go dalej do wątroby, gdzie został on z powrotem przetworzony na glukozę (proces glukoneogenezy). Dzięki temu jesteśmy w stanie pracować na wysokich obrotach przez naprawdę spory kawałek czasu.

Człowiek się uczy całe życie, prawda? J Sama dowiedziałam się o tym kilka dni temu i byłam naprawdę zdziwiona, jak długo żyłam w nieświadomości.

środa, 2 kwietnia 2014

Motywujące żółte karteczki

Przyznaję się bez bicia – jestem typem pesymistki (czasami to nazywam typem stanowczego realisty – wtedy brzmi lepiej. A przynajmniej względnie). Nie wiem czy to taka ma natura, czy też efekt wpływu zewnętrznego środowiska, ale no taka już jestem. A przynajmniej byłam, bo od jakiegoś czasu próbuję zmienić to, co siedzi mi w głowie i w dużym stopniu uniemożliwia mi bycie wolnym szczęśliwym człowiekiem. Pomogła mi w tym Beata Pawlikowska, a dokładnie jej książki o podświadomości. Jeżeli jesteście zainteresowane z miłą chęcią kiedyś coś o nich napiszę, bo naprawdę są g-e-n-i-a-l-n-e!

Póki co chciałabym się z Wami podzielić motywującym karteczkami, które Beata Pawlikowska wrzuca praktycznie codziennie na facebooka. Jest ich też bardzo dużo w książkach. Zawierają one szczerą prawdę, która od razu zachęca do dalszej pracy nad sobą J

Moja ulubiona na obecną chwilę: póki co nie wiem, co bym chciała robić w życiu, ani w jakim kierunku iść, a ta kartka przypomina mi za każdym razem, że najważniejsze jest słuchanie samego siebie. Wtedy w końcu trafię na właściwą ścieżkę :)











czwartek, 20 marca 2014

Wielkie wiosenne porządki - jak się zabrać?

Jednym z moich marcowych postanowień były generalne porządki w garderobie. Odkładałam to do ostatniej chwili, bo nie lubię rozstawać się z ubraniami. Argumenty typu „skoro nie założyłaś tego przez rok, już nigdy tego nie założysz” jakoś do mnie nie trafiały. Do czasu J Mocno się sprężyłam w ostatnich dniach i podeszłam do swojej szafy etapowo i kompleksowoStylistka ze mnie żadna, ale za to organizacja idzie mi coraz lepiej, co postanowiłam przełożyć na porządki w garderobie. Post dedykuję przede wszystkim osobom, którym porządki w szafie przysparzają nie lada problemów i kończą się maksymalnie dwiema wyrzuconymi bluzkami. Oczywiście pozbyciu się ich towarzyszą i tak wielkie opory oraz przekonanie: „a co jeśli kiedyś będę potrzebować dokładnie takiej bluzki?!”.