sobota, 10 stycznia 2015

"Mięsożercy - globalne konsekwencje ludzkiego apetytu"

Wygospodaruj 50 minut ze swojego życia i obejrzyj ten dokument. Nie jest to pokazanie drastycznych scen z rzeźni, typowych dla reportażów poruszających kwestie etyczne jedzenia mięsa. Wbrew pozorom to do wielu osób bardzo często nie trafia: „Takie prawo natury”, „Od zawsze tak było”, „Człowiek przecież jeść musi, a na sałacie nie wyżyje”. Ten film dokumentalny skupia się na konsekwencjach zdrowotnych i ekonomicznych, które już dotkliwie dotknęły niektórych ludzi.


Dzieląc się z Wami tym dokumentem, chciałam przede wszystkim pokazać, jak ogromne konsekwencje pociąga za sobą dzisiejszy przemysł mięsny. Sama nie zdawałam sobie sprawy z ogromnej skali tego problemu.


Oczywiście nie namawiam nikogo do rezygnacji z mięsa. Zdaję sobie sprawę, że jest to niewyobrażalne dla wielu osób, szczególnie tych związanych ze sportem. Sama też wiem, że trudno będzie mi zrobić planowaną formę bez tego składnika w diecie. Chociaż nie ukrywam, że po obejrzeniu tego dokumentu trudno jest mi teraz spojrzeć na te napompowane piersi kurczaka w marketach. Ale będę szukać alternatywy i wiem, że ona istnieje, bo coraz częściej słyszy się o sportowcach wegetarianach czy też weganach.  

Trzymajcie się,
M.

sobota, 3 stycznia 2015

Moje MUST-READ w 2015

Książki lubiłam czytać od zawsze. Niestety też od zawsze zapominałam zapisywać polecanych mi tytułów czy też tych, na które natknęłam się gdzieś przez przypadek. Tym razem postanowiłam się zmobilizować i stworzyłam listę dziesięciu książek na 2015 – to takie moje MUST-READ J Ale nie ukrywam, że liczę na Wasze sugestie w komentarzach, bo na pewno na 10-ciu pozycjach w tym roku się nie skończy!

1. Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia, S. Collins
2. Igrzyska śmierci: Kosogłos, S. Collins

Najwyższy czas przeczytać pozostałe części tej genialnej trylogii. Mimo mojej wielkiej sympatii dla Jennifer Lawrence, którą uwielbiam oglądać na ekranie, wiem, że ekranizacja nie umywa się do książek. Po cichu liczę na nieprzespane noce, tak jak miało to miejsce podczas czytania pierwszej części.

3. Więzień labiryntu, J. Dashner
4. Próba ognia, J. Dashner
5. Lek na śmierć, J. Dashner

Powieść Dashnera została okrzyknięta najlepszą trylogią od czasu Igrzysk śmierci. Po takiej recenzji nie mogłam przejść obojętnie koło tych książek. Ekranizacja pierwszej części wciągnęła mnie niesamowicie, z książkami będzie zapewne tak samo. Jak widać, ciągnie mnie do dystopijnych książek i filmów (dlatego też póki co nie zabieram się za Niezgodną).

6. Ojciec chrzestny, M. Puzo

Wstyd się przyznać: ale nie oglądałam nawet filmu, za co zbieram baty za każdym razem w towarzystwie. Chyba najwyższy czas nadrobić zaległości. Jeżeli styl pisania Puzo nie zmienił się na przestrzeni lat i ta książka jest napisana podobnie jak Rodzina Borgiów, to czuję, że szybko przypadniemy sobie do gustu.

7. Siła nawyku, C. Duhigg

Naszym życiem rządzą nawyki, więc dobrze by było wiedzieć na ich temat jak najwięcej. W sieci przeważają pozytywne recenzje, więc liczę, ze i ja wyniosę coś z tej lektury.

8. Miłość, wolność, samotność, Osho
9. Kreatywność. Uwolnij swoją wewnętrzną moc, Osho
10. Potęga teraźniejszości , E. Tolle

Chyba dotarłam w końcu do tego momentu w swoim życiu, gdzie podświadomie poszukuję duchowości. Te książki zostały mi polecane przez kilka osób, a szczególnie pozycja ostatnia. PS. Proszę nie mylić duchowości z religijnością. To wbrew pozorom dwie zupełnie inne rzeczy ;)


czwartek, 1 stycznia 2015

Nowy Rok = nowy start

Chyba każdy z wielką dozą niecierpliwości oczekuje na przyjście legendarnego „Nowego Roku”. Odcięcie się wielką grubą krechą od wszystkiego, co dotąd się wydarzyło w naszym życiu, wydaje się być kuszącą wizją.

„Przejdę na dietę”
„Przestanę palić”
„Nauczę się chińskiego”

I milion innych tego typu postanowień. A kto nigdy PRZENIGDY niczego nie chciał zmienić w swoim życiu wraz z nową kartką w kalendarzu, niech pierwszy rzuci kamień.

Swoją drogą, na myśl przychodzi mi tylko jeden celny obrazek, który idealnie podsumuje to, co na temat takich postanowień myślę.


I mimo tego co myślę, wraz z ze startem 2015 roku i ja rozpoczynam realizację postanowienia. Trąci hipokryzją? Niekoniecznie, bo mam plan działania. Nowy Rok traktuję jako datę startową czegoś, do czego się wcześniej przygotowałam w przeciwieństwie zapewne do większości ludzi. Sztampowy przykład: jeśli ktoś postanawia wraz z 1. stycznia rozpocząć zdrowo się odżywiać i jedyne co widzi, gdy otwiera lodówkę tego dnia to pęto kiełbasy, pudełko ciast ze świątecznych objazdów oraz dwa bochenki białego chleba, no to sorry, jego postanowienie leży i kwiczy już w pierwszych godzinach nowego życia. „No ale przecież chciałem dobrze!”

Przeprowadzka i bycie studentem zdanym na siebie chyba jednak trochę mnie przygniotło. Plany rzekomego nowego życia były duże: tylko zdrowe jedzenie, zwiedzanie nowego miasta w każdej wolnej chwili, dużo czasu na bloga, bieganie i Bóg wie, co tam sobie jeszcze ubzdurałam. W rzeczywistości tak kolorowo nie było i nie jest. Na początku próbowałam, potem się coraz bardziej demotywowałam, aż w końcu powiedziałam „pieprzę to” i tak oto piszę do Was ja, mój brzuch żyjący własnym życiem i wyrzuty sumienia.

Moje plany od października się nie zmieniły, ale zmieniło się moje podejście. Bo w rzeczywistości są tylko dwa typy ludzi:
- ci, którzy mając cel, wyznaczają sobie konkretny plan prowadzący do jego osiągnięcia,
            - oraz ci, którzy coś tam sobie postanowią i sądzą, że wszystko przyjdzie samo.

Przyznaję się: jestem chodzącym przykładem typu drugiego. Ale jak to mówią: co cię nie zabije, to cię wzmocni. Wprawdzie nie wiem, jak wzmocniły moje dotychczasowe 4 miesiące życia-nieżycia, bo chyba tkanka tłuszczowa się nie liczy. Chociaż wszelkie upadki na pewno lepiej amortyzuje.

Także jak już wspomniałam, cele właściwie się nie zmieniły, ale zmieniłam swoje podejście. Poza tym w końcu znalazłam brakujące ogniwo, które idealnie scala te moje wszystkie pojedyncze postanowienia w zgraną całość. Bo właśnie realizacja tych małych celów umożliwi mi osiągnięcie tego jednego, dotychczas brakującego. Ale to intrygująco i tajemniczo brzmi, czyż nie? Jednak póki co nie mogę się zdradzić z tym, co to dokładnie jest. Przyczyna jest prosta: sama jeszcze nie wiem czy to wypali. To wydaje się być trochę bez sensu: robić rzeczy w kierunku osiągnięcia czegoś, czego na dobrą sprawę jest niepewne. Ale uwierzcie mi, muszę się do tego przygotować na wszelki wypadek. Bo miesiąc czy dwa na pewno mi nie wystarczą. Ale pół roku zdecydowanie tak J (a przynajmniej mam taką nadzieję!)

A oto moi pomocnicy: zeszyt, aplikacja z listą zadań do zrobienia, oraz kilka arkuszy w Excelu skrywają cały sekretny plan.

Podpaliłam się całkiem mocno tymi przygotowaniami, mam nadzieję, że równie szybko nie zgasnę. Dodam tylko że reaktywacja mocno zaniedbanego bloga jest jednym z największych priorytetów. Swoją drogą to też największe wyzwanie, bo mam nie lada orzech to zgryzienia. Blog ma ponad 1,5 roku i wraz z nim zmieniałam się ja, w związku z tym są tutaj rzeczy, z którymi się po prostu już nie utożsamiam. Pytanie brzmi: zostawić czy wystartować z postowym clean slate?

Trzymajcie się mocno,
M.