sobota, 29 listopada 2014

Czy ja w ogóle jeszcze żyję?

Ledwo, ledwo, ale dycham. Jeszcze. Chociaż myślę, że po takim listopadzie może być tylko lepiej. Spędzanie praktycznie każdego dnia w książkach odbiło się na moim wyglądzie oraz psychice (cierpię teraz na nadmiar wolnego czasu i nie wiem, co ze sobą zrobić – to dopiero problem pierwszego świata).

Ale nie żałuję swojej decyzji dotyczącej zmiany miejsca studiowania w jakimkolwiek stopniu. Ba, myślę, że to był jeden z najlepszych moich życiowych wyborów i jedyne, czego żałuję, to fakt, że czekałam z tym o rok za długo.

Oto kilka moich spostrzeżeń: jeżeli wydaje ci się, że jesteś w czymś dobry, o co siebie wcześniej nie podejrzewałeś/łaś, to bardzo prawdopodobne, że jesteś na beznadziejnej uczelni. Oczywiście może być też tak, że po prostu odkryłeś/łaś jakiś ukryty talent. Ale bazuję na swoim doświadczeniu i dopiero teraz widzę, jak wielkie braki wiedzy mam, ponieważ na wcześniejszej uczelni nie wymagano ode mnie właściwie niczego, a 5 dostawało się za jakiś projekt czy też spędzenie raptem kilku godzin nad książkami. Oto kolejne potwierdzenie jak bardzo polski system edukacji ssie.

Kolejna sprawa, a raczej rada: uczcie się systematycznie i wychodźcie poza ramy tego, co jest w książkach. Wiem, że brzmię teraz jak nauczyciel/wykładowca/itp., ale dopiero teraz to widzę i żałuję, bardzo żałuję, że zazwyczaj do książek siadałam przed egzaminem. Nagle dowiadywałam się wielu nowych rzeczy, w które chciałam się dalej zagłębiać, ale nie miałam czasu, a potem to jakoś umarło śmiercią naturalną.

I chyba ostatnia kwestia, według mnie najważniejsza: jeżeli nie czujesz „pociągu” do tego, co studiujesz, nie zmuszaj się do tego. Wiem, że w dzisiejszych czasach zewsząd odczuwa się presję, że magistra przed nazwiskiem mieć trzeba, ale paradoksalnie w dzisiejszych czasach to nic nie znaczy. Ja osobiście nie mam zamiaru robić magisterki póki co, a przynajmniej nie chcę kontynuować obecnych studiów. Czy to czyni ze mnie debila i osoby niezdolnej do zarabiania potem całkiem dobrych pieniędzy? Nie sądzę.

Póki co zamierzam w końcu się zabrać za siebie i pozbyć się tego, co mi się uzbierało tu i ówdzie. Chcę również zrobić porządek w swoich rzeczach do końca (Minimalizm po polsku naprawdę mi się spodobał) oraz nadal szukać pomysłu na siebie. To tyczy się też bloga, który bardzo ucierpiał w ostatnich miesiącach i przyznaję się, że rozważałam nawet opcję wycofania się z blogowania, jednak darzę to miejsce zbyt dużą sympatią i sentymentem, ponieważ w dużym stopniu miało (i nadal ma) wpływ na moje życie (to brzmi bardzo cliche, ale pewnie gdyby nie założenie bloga, nadal wpieprzałabym fast-foody i użalałam się nad sobą, że magiczne tabletki nie działają).


Trzymajcie się J

poniedziałek, 27 października 2014

Najprostsze placki! Bez grama mąki, bez węgli, dużo białka

Dzisiaj mam dla Was przepis na najlepsze placki! Mają same zalety:
- są bardzo proste (4 składniki)
- bez grama mąki
- praktycznie bez węgli (pod warunkiem, że użyjecie stewii/słodzika)
- łatwo je modyfikować dodając np. cynamon, imbir, rodzynki itp.
- można ja jeść praktycznie o każdej porze dnia (świetnie pasują do lunchbox’a!)


Czego będzie potrzebować?
  1. Siemię lniane mielone – 3 łyżki
  2. 2 jajka
  3. Proszek do pieczenia – 1/3 łyżeczki
  4. „Słodzidło” (miód/cukier/stewia/ksylitol) – ilość wg własnych upodobań

Wykonanie:
  1. Bardzo dokładnie roztrzepać jajka ze „słodzidłem”.
  2. Dodać siemię lniane oraz proszek do pieczenia i wymieszać. Odstawić na parę minut.
  3. Smażyć na dobrej patelni bez tłuszczu (ewentualnie na oleju kokosowym).
  4. Podawać z ulubionymi dodatkami.


Przybliżona kaloryczność oraz rozkład BTW (liczyłam bez słodzidła, bo każdy doda coś innego):
- kcal 217
- BTW: 22,1 g/ 14,1 g/ 0,6 g

Jak widzicie macie posiłek bogaty w białko oraz zdrowe tłuszcze, a węglowodany możecie uzupełnić dodatkami w postaci owoców J

P.S. Placki mają specyficzny smak przez siemię lniane, ale wg mnie to kwestia przyzwyczajenia. 

sobota, 18 października 2014

Minimalizm po polsku

Szczerze powiedziawszy to nie mam zielonego pojęcia, jak dowiedziałam się o tej książce, ale pamiętam, że gdy tylko przeczytałam jej opis, 5 minut później zamówienie było już złożone.

źródło

Nie uważam siebie za minimalistkę, a przynajmniej nie przejawiałam zainteresowania tym nurtem. Jednakże po przeprowadzce do zupełnie nowego miejsca, chciałam, aby wszystko miało swoje miejsce. Aby moja przestrzeń (zarówna ta w znaczeniu dosłownym, jak i metaforycznym) była uporządkowana, przemyślana.

O Annie Mularczyk-Meyer, którą może część z Was kojarzy jako Ajkę, ani o jej blogu www.prostyblog.com nie słyszałam nigdy wcześniej, a szkoda. Dlatego zacznę od końca i zdecydowanie polecam Wam Minimalizm po polsku oraz bloga, którego powoli nadrabiam.

Co takiego genialnego jest w tej książce?

Zacznę od stylu pisania Ajki. Jest on naprawdę lekki, przez co książkę czyta się jednym tchem. Jednak to nie oznacza, że treść jest tak samo lekka i przystępna.

Na pierwszy ogień poszło rozprawienie się ze stereotypowym myśleniem o minimalizmie. Tutaj się przyznaję: ja też sądziłam, że minimaliści żyją w sterylnych pomieszczeniach, gdzie nie ma miejsca na obrazy, zdjęcia, a ich szafa zmieściłaby się w bagażu podręcznym.

Dalej Ajka podaje przyczyny nadmiernego konsumpcjonizmu wśród Polaków, które wynikają przede wszystkim z historii naszego kraju, a dokładnie z czasów komunizmu. A potem przechodzi do meritum, czyli pokazuje jak minimalizm powinien wyglądać na wielu płaszczyznach: materialnej, finansowej, duchowej. Jednocześnie nie jest przy tym „nachalna”, nie podaje sztywnych reguł, a raczej wskazówki, drogowskazy, które możemy pod siebie dostosować. Dużym plusem są historie z jej życia, które jeszcze lepiej oddają, o co dokładnie chodzi w minimalizmie.

Tytuł książki nie jest przypadkowy. Autorka dostosowuje pojęcie minimalizmu pod polskie realia, a to bardzo ważne. Wszak daleko nam chociażby do sąsiadów zza zachodniej granicy (mam tu na myśli zarówno zarobki jak i mentalność).

Co jeszcze mi się podoba? Brak narzucania swojego toku myślenia. Uważam to za rzadkość w dzisiejszych czasach, kiedy to każdy uważa, że JEGO punkt widzenia jest tym jedynym i słusznym. Autorka na samym początku wspomina, że w życiu chodzi o harmonię ze swoim wewnętrznym „ja”, dlatego jeśli szeroko rozumiany minimalizm Ci nie pasuje, to się do tego nie zmuszaj. Można żyć w bogatym barokowym pałacu, a mimo wszystko czuć się dobrze, spokojnie i prowadzić uporządkowane życie.

Mogłabym w nieskończoność rozpływać się nad tą pozycją, ale nie chcę zdradzać wszystkich szczegółów. Napiszę tyle: Minimalizm po polsku uważam za jeden z najlepszych zakupów ostatnich miesięcy. Z miłą chęcią do niej wrócę, chociażby po to, aby zaznaczyć najbardziej osobiste dla mnie fragmenty. Co jest dla mnie równie ważne, to fakt, że moja Mama rozpoczęła lekturę tejże książki (a uwierzcie mi, zazwyczaj patrzy krzywym okiem na wszystkie pozycje, które jej polecam ;)).

P.S. Wybaczcie za brak własnego zdjęcia, ale zapomniałam wziąć aparatu do domu.